KRYZYS PIERWSZEGO DZIECKA

Będąc w ciąży obiło mi się o uszy pojęcie „baby blues”, ale w życiu nie słyszałam o czymś takim, jak „kryzys pierwszego dziecka”. Otóż coś takiego istnieje i trochę Wam o tym opowiem:D

Dziecko urodziło się w terminie. Jest zdrowe (co najważniejsze), jest śliczne (co nie jest najważniejsze, ale sprawia, że na sercu jest jeszcze cieplej), mama dała radę na porodówce, tata dziecka mężnie ją wspierał i położne chwaliły całą trójkę, nazywając świetną drużyną. Zabawne, bo zanim pojawiło się dziecko, on i ona nazywali siebie drużyną, mówili, że są teamem, i choćby cały świat się odwrócił, oni od siebie nigdy. Są szczęśliwi i nie myślą o pracy, kredycie etc. Po trzech dniach wracają do domu. Cudownie – myśli ona, bo nigdy nie przepadała za szpitalami. Są już w domu, przyjęci z honorami niczym Kate i Wiliam:D Rodzina, znajomi gratulują, odwiedzają. Cudownie:) Wręcz bajka. I bum! Po kilku dniach dochodzi do spięcia. Kilka nieprzespanych nocy daje się we znaki. Ona jest zmęczona, trochę zestresowana, trochę obolała. Ma wrażenie, że tylko na nią spadły te rodzicielskie obowiązki. W końcu to ona wstaje co dwie czy trzy godziny w nocy na karmienie, to ona dochodzi do siebie po porodzie, to ona przechodzi te trudne początki karmienia piersią. Liczy mokre pieluszki, sprawdza kolor kupki i co chwilę robi pranie. A on „tylko” pracuje. Wysypia się, więc nie ma co narzekać! Nie słyszy uprzejmych komentarzy w stylu: „Nakryj go kocykiem, bo dziecku jest za zimno!”, czy „Na czkawkę podaj szybko trochę wody”. A ona wszystko cierpliwie znosi, grzecznie mówi, że dzieci nie należy przegrzewać, po czym wszystkie nagromadzone negatywne emocje przelewa na niego. I co robi? Krytykuje go! Bo przecież źle trzyma dziecko, bo kupił nie takie wkładki laktacyjne, bo nawet nie wie, ile płynu wlać do wanienki… On nie wytrzymuje, w końcu też ma swoje granice. Nastawił się, że po porodzie może być ciężko, lekarz prowadzący ciążę ostrzegał. Ale że aż tak?! Więc on już nie daje rady, wybucha. Krzyknął, że nie da się już z nią wytrzymać, że ma dość słuchania, jakim to jest infantylnym ojcem. Ucieka w pracę. Ona czuje, że on się oddala. Mówi, że to na pewno przez to, że jest teraz gruba i nie ma czasu zadbać o siebie. Jest sfrustrowana sobą i nim, w sumie wszystkim. Tylko Maleństwo jest kochane i daje emocjonalne ukojenie. W końcu ona się modli. Ostatnio trochę to zaniedbała, bo wiecznie jest zmęczona i zasypia zaraz po tym, jak uśnie dziecko. Mówi: „Panie Jezu, co się dzieje? Wesprzyj nasze małżeństwo, niech on zrozumie, że robi źle”. On też się modli, tylko prosi, by to ona zrozumiała, że przesadza i inicjuje całą tą niezdrową sytuację. Nazajutrz rano idą na spacer. Rozmawiają. Kłócą się. Wracają obrażeni. Nie rozmawiają. Wieczorem on podchodzi i mówi: „Nie kłóć się ze mną, bo cię kocham”. I w końcu coś pęka. Czują, że pokonali to „coś”. Z każdym następnym dniem jest coraz lepiej, aż w końcu wraca do normy. Oboje oswoili się z nową sytuacją, i znajdują nawet czas na krótkie „wyrwanie się” z domu. Maleństwo daje im tyle szczęścia i miłości, że nawet jeśli coś pójdzie nie tak, to nie jest w stanie zburzyć ich spokoju.

To jest właśnie kryzys pierwszego dziecka.

Wraz z przyjściem na świat Maleństwa, wszystko się zmienia. Młodzi rodzice muszą odnaleźć się w tej nowej roli. W szkole rodzenia uczą, jak się przygotować do porodu, czy zajmować dzieckiem, ale nie uczą, jak mają funkcjonować małżonkowie w tej totalnie nowej rzeczywistości. Jak mają ze sobą rozmawiać, jak wspierać, czy czego oczekiwać w tym okresie od siebie. Nie wiem, czy kryzys pierwszego dziecka pojawia się w każdym małżeństwie, ale nie wierzę w to, że młodzi rodzice pięknie i bezbłędnie radzą sobie w tej roli od samego początku i nie pojawiają się gorsze momenty. Naszym zdaniem powinno się mówić o tym wprost. Dlaczego? By nie popadać w jakieś przygnębienie, że coś dzieje się złego między nami, tylko wiedzieć, że jest to normalne i chwilowe!:) Wszystkim młodym rodzicom życzymy dużo cierpliwości i dystansu do samych siebie i wzajemnie. Ten etap trzeba po prostu przejść i nie można na siłę próbować czy to go uniknąć, czy jak najszybciej pożegnać. Normalne jest, że dziecko zmienia wszystko i czasem jest po prostu ciężko się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości. Najważniejsze jest to, by się zbytnio nie nakręcać i dać sobie czas na oswojenie się z faktem, że drużyna ma nowego członka:)

 

Może zainteresuję Cię również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *